5. Uwierzyć miłości

„My poznaliśmy i uwierzyliśmy miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.”(1 J 4, 16)

Mój ukochany Mąż ma takie „dopowiedzonko”, w którym zawiera się bardzo prosta i równocześnie głęboka myśl. A mianowicie na czyjeś smutne stwierdzenie, że „Wszystko się kiedyś kończy”, odpowiada zawsze z rozbrajającą szczerością i uśmiechem: „Tylko miłość się nie kończy.” Nie potrafię zliczyć, ile razy słyszałam to zdanie z jego ust, w końcu był nawet taki moment, że pozostali członkowie naszej rodziny, łącznie ze mną, cieszyli się, gdy mogli  go wyprzedzić i „za niego” wypowiedzieć tę myśl. W ten sposób zaraził nas swoim postrzeganiem miłości, która nie ma kresu i „nigdy nie ustaje”. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, w której przyjęlibyśmy nieco inną perspektywę. Wtedy okazałoby się, że miłość JEST kresem, ostatecznym celem naszej przemiany i naśladowania Jezusa Chrystusa. Tylko Bóg jest miłością, my możemy jednak z pomocą Ducha Świętego wypełniać się nią i powoli się nią stawać.

W małżeństwie i wspólnocie rodzinnej sprawa wydaje się dość skomplikowana ze względu na ilość osób uczestniczących w tym procesie ;-), z drugiej strony – ułatwiona, bo przecież razem raźniej… pod warunkiem, że dość szybko zorientujemy się, że prawdziwa miłość nie jest wcale wpatrywaniem się w siebie nawzajem, tylko patrzeniem i podążaniem w tym samym kierunku. Nie jest patrzeniem sobie w oczy (no chyba, że są to  czułe „oczy serca”) i nastawieniem na branie, posiadanie i użycie, lecz byciem darem „dla” kogoś, bez uciekania od odpowiedzialności za to, co robię i zrzucania winy na innych. Warto także dość szybko zrozumieć, jak to trafnie ujął Viktor E. Frankl, że szczęście nie jest pochodną posiadania dóbr materialnych ani nawet nie wiąże się z czuciem czegoś (choćby to była największa rozkosz), lecz wypadkową bycia „dla kogoś” i życia z sensem.

„Lecz On zaraz przemówił do nich: Odwagi, to Ja jestem, nie bójcie się!”(Mk 6, 50b)

Kluczową kwestią wydaje się postawa, którą przyjmujemy już na samym początku świadomego życia w wierze, z Bogiem. Ważne jest czy uwierzymy Miłości i pozwolimy Jej się kształtować. Czy będziemy mieć na tyle determinacji, żeby stale Ją odkrywać (także w sobie i w drugim człowieku) i urzeczywistniać w codzienności mimo trudów życia. I dość odwagi, by mimo lęku przed złowrogimi falami niezrozumienia i ciągłego oceniania, największej ciemności osamotnienia i utraty sensu oraz szalejącego wiatru wątpliwości i potrzeby kontroli, wyjść z „komfortu łodzi”, by być jeszcze bliżej Jezusa, całkowicie się mu powierzyć. Pozwolić Mu się dotknąć, chwycić mocno za rękę, a gdy toniesz, nie udawać, że jest inaczej, tylko dać Mu się uzdrowić i ocalić.  Przecież stawka jest naprawdę wielka – jest nią życie wieczne!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *