„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.”(Mt 5, 3)
Od dłuższego czasu nurtuje mnie to, na czym właściwie polega taka postawa człowieka wierzącego, co to znaczy być „ubogim w duchu” i dlaczego taka postawa może być bramą do największego szczęścia – nieba. Ponadto, gdy czytam osiem błogosławieństw z Kazania na górze, mam wrażenie, że kolejność nie jest przypadkowa i to pierwsze jest fundamentem dla pozostałych.
Język polski nie ułatwia nam zadania, gdyż z wyrażeniem „ubodzy w duchu” z automatu pojawia się pierwsze skojarzenie związane z biedą w sensie materialnym, brakiem środków do utrzymania itd. A tymczasem wydaje się, że nie tędy droga! A na pewno może to być mylna ścieżka. Jan Paweł II w czasie swojej pielgrzymki do Polski w 1999 tak mówił w Ełku: Bardzo potrzeba ludzi ubogich duchem, czyli otwartych na przyjęcie prawdy i łaski, na wielkie sprawy Boże; ludzi o wielkim sercu, którzy nie zachwycili się blaskami bogactw tego świata i nie pozwalają, aby one zawładnęły ich sercami. Oni są prawdziwie mocni, bo napełnieni bogactwem łaski Bożej. Żyją w świadomości, że są obdarowywani przez Boga nieustannie i bez końca.
Czy zatem chodzi tu o postawę otwartego na łaskę Bożą serca, całkowicie oddanego Bogu, świadomego , że tylko On jest w stanie wypełnić każdy brak i dać nam miłość, do której sami z siebie nie jesteśmy zdolni, bezcenny dar, który nigdy się nie wyczerpuje? Być ubogim w duchu to jakby stać się żebrakiem Miłości, być świadomym swojej nędzy, jednak nie zatrzymywać się na niej, tylko otwierać dłoń w kierunku Boga, pozwolić wniknąć w swoje serce najgłębiej jak tylko się da?
„Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu!” (Kor 1, 26a)
A tymczasem popatrzmy, co zamiast tego Jezusowego maksymalizmu proponuje nam świat. Jakie świecidełka mają nas zwabić, byśmy wyrzekli się Jego światła, a zadowolili się lampkami marnej jakości, których bateria wyczerpuje się, zanim zdążymy podnieść wzrok.
Moje ulubione odniesienie, czyli powołanie do małżeństwa:
- Masz uwierzyć jeszcze zanim spotkasz Ukochaną/Ukochanego, że miłość ma tylko dwa wymiary (co stało się z duchem?) i nie wychodzi poza pożądanie ciała i sferę uczuć. Jakie są tego konsekwencje już w związku? W przypadku przygaśnięcia erotyzmu i zauroczenia rościsz sobie prawo do prostej „wymiany” obiektu uczuć i użycia.
- Dasz sobie wmówić, że będąc w relacji z inną osobą liczy się przede wszystkim twój dobrostan, ewentualnie zaspokojenie swoich wzajemnych potrzeb, nie stać cię na nic, co byłoby przekroczeniem własnego egoizmu, w ujęciu Elisabeth Lukas – „finalną zaliczką” w kierunku dobra, bez przymusu spłaty co do grosza, bez pewności czy się opłaca…
- Bazując na takim myśleniu, uznasz sakrament małżeństwa za zupełnie niepotrzebny, przereklamowany, staroświecki, zapominając, że podobnie jak inne sakramenty jest darem od samego Boga, znakiem Jego obecności, ale i Jego mocy, narzędziem w Jego ręku, by przyciągnąć do Niego jeszcze wielu… (Teraz już rozumiem, dlaczego w KKK sakrament małżeństwa, podobnie jak sakrament święceń, nazwany jest sakramentem w służbie komunii. Nie tylko przyczynia się do osobistego zbawienia, ale nastawiony jest na zbawienie innych ludzi.)
- Wreszcie, przekażesz to kłamstwo swoim dzieciom, które zagłuszając głos serca, nigdy nie uwierzą, że mogą być bezinteresownym darem dla innej osoby, a wspólne sensowne życie w bliskości, nierozerwalnej jedności i wierności, może być dla nich źródłem prawdziwej radości i szczęścia.
Co myśmy zrobili z tą „wielką tajemnicą”?
