Wyobrażam sobie minę celnika Mateusza po słowach Jezusa: „Pójdź za Mną!”, na jego twarzy musiało wypisać się przede wszystkim ogromne zdziwienie: „Że ja? Na pewno o mnie chodzi? Nadaję się?”. Najpierw jednak musiało dokonać się w nim uzdrowienie, a dopiero potem mógł odpowiedzieć na powołanie.
Właściwie z każdej strony docierają do mnie same smutne słowa dotyczące małżeństwa. Czytam kolejne statystyki o rozwodach, słyszę o popularności związków nieformalnych, dewaluacji takich wartości jak np. narzeczeństwo w czystości. Własne obserwacje, przykłady z sąsiedztwa czy opowieści znajomych, wydaje się, że tylko je potwierdzają. Jednak tych, którzy głęboko wierzą, że sakrament małżeństwa jest jednym z najpiękniejszych darów, jakie daje nam Bóg, jest wciąż wielu. Pan Bóg się nie myli. Podobnie jak inne sakramenty, małżeństwo jest przecież znakiem Jego obecności, pięknym powołaniem dla tych, którzy mogą z niego najwięcej skorzystać i najbardziej go potrzebują. Dla mnie wciąż wielką tajemnicą. Jest pomysłem samego Boga względem nas. Sami byśmy sobie czegoś podobnego nie wymyślili… Zapytasz, dlaczego w takim razie w tak wielu przypadkach coś nie działa? Może nawet powiesz, że to co piszę, to zwyczajne mrzonki? No tak, problem w tym, że to my sami stworzyliśmy sobie własną wizję małżeństwa, jak często daleką od tej, która jest Bożym darem. To jest to chore miejsce, które, mam nadzieję, uleczy Pan Jezus.
Z dzisiejszej Ewangelii: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać do nawrócenia się sprawiedliwych, lecz grzeszników.”
